niedziela, 28 grudnia 2025

Spotkajmy się czyli Turnus Wytchnieniowy na 10

    Mam wrażenie, że dużo dostajemy od życia. Może nie jest to spektakularne bogactwo, wyjątkowy talent, smykałka do biznesu ale takie drobne rzeczy w najbardziej potrzebnym momencie. Długo już mamy autyzm, oklepany się taki zrobił, zwyczajny, codzienny, tak bardzo, że wychodząc na zewnątrz świat wydaje się chaotyczny, dziwny i poplątany tudzież wybitnie nie pasujący. Rano i po południami dominuje " złote, młode pokolenie", bardzo hałaśliwe, wulgarnie, nie szanujące zasad, jakieś takie nieokrzesane i rozbestwione. Kurcze też byłam młoda ale połowa rzeczy które teraz obserwuję nawet nie przyszłaby mi do głowy w realizacji, na dodatek w publicznej przestrzeni. Nie pasujemy do tej grupy. Prze południem autobusy i sklepy wypełnione są starym pokoleniem. I jak codziennie człowiek ma okazję obserwować zachowania społeczne seniorów to przestaje dziwić rozbestwienie młodzieży. Dramat. Wyścigi kto ma gorzej, kogo siatki muszą siedzieć, czy ta mina wystarczy, żeby się nikt nie dosiadł, omawianie na zestawie głośnomówiącym ostatniej  kolonoskopi lub konfliktu z Tą Durną Spod Siódemki. Wzór do naśladowania. Człowiek ma wówczas ochotę pobyć samemu. I mnie się udało. W lipcu wysłałam dokumentację do Fundacji Anny Dymnej " Spotkajmy się". Kameralny ośrodek nad morzem, położony pośrodku niczego, otoczony lasem. Wolny termin 8-14 grudnia, czy mi pasuje? Oczywiście, pobyt nad morzem z opcją opieki nad młodzieńcem pasuje mi w każdym terminie. 
    Przed wyjazdem upewniłam się co do aktualności ustaleń, wpłaciłam 500 zł kaucji, spakowałam dwie torby i reklamówkę makaronu, auto zatankowane i ruszamy. Naiwnie założyłam, że dobrą opcją będzie nocna jazda, bo młody zaśnie w aucie. Skubaniutki oka nie zmrużył a buzia mu się nie zamykała w trakcie tych 7 godzin jazdy. W ten sposób o 6 rano zajechaliśmy pod bramę i nie chcąc sprawiać kłopotu przed 8 zameldowaliśmy nasze przybycie. Otrzymaliśmy klucz od domku numer 1 i na 9 Jan miał stawić się na zajęcia w budynku WTZ. 
    


Wybrał sobie mniejszy pokój, matce zostawiając sofę ( która rozkładała się na wielgachne łózko). Cieplusio, przytulnie, cicho, spokojnie. Posiłki aczkolwiek i gotować było na czym i w czym. Na wyposażeniu ręczniki, kawa, cukier, herbata, mikrofala, indukcja, lodówka, garnki, kubki, sztućce- czyli wszystko co niezbędne. 

  
    

Z ośrodka pieszo kilka km lasem na plażę, albo na szlaki piesze, na wydmy lub po lesie. Szerokie, wygodne ścieżki z miejscami do odpoczynku. 
 

  

Rozkład dnia. 8 -śniadanie pod drzwi. 9-13 zajęcia dla młodego, 13-13.30 obiad i jeżeli wyrażał chęć to zajęcia do 16. A matka? Matka luz, blus i orzeszki. Sądziłam, że już nie będzie mi dane pójść na długi samotny spacer plażą a tu proszę - da się. To było najfajniejszych kilka dni nie tylko w tym roku ale w ciągu ostatnich 14 lat. Ja, szum morza i nikogo w zasięgu wzroku i słuchu. Zaopiekowany i bezpieczny Jan. Totalny brak obowiązków do realizacji, żadnych zadań do wykonania. No dobra nauka ale jak wiecie u nas to nie wygląda jak wszędzie więc te dwie godziny dziennie wieczorem się nie liczą jako przymus. Z Lubiatowa jest 36 minut jazdy autem do Wejherowa a stamtąd pół godziny pociągiem do Trójmiasta. Więc w przedostatni dzień pobytu pojechaliśmy pośmigać środkami transportu publicznego. 



 

Było super. Pomimo braku tv w domku, Biedronki oddalonej o ponad 4 km, braku komunikacji, środku lasu.

    Janek oderwał się od matczynego fartucha, pobył z ludźmi, nawet zrobił reklamę piosenkom siostry ;), okazało się, że lubi gry planszowe, grę w Uno i spodobało mu się łowienie Rybek. Rybki zakupione, Uno przyniósł Mikołaj. 

Z przyziemnych spraw. W pokoju po starszej siostrze powstaje pokój sportowo- rekreacyjny ;) doszedł stół z piłkarzykami i plac do kinekta, nie ma netflixa i you tuba. Trzeba gdzieś wyładować nadmiar zimowej energii.


Połowa egzaminów rocznych za nami. Pomimo dziwacznych pomysłów nie minister edukacji, które skutkują u nas, przerwaniem rutyny i koniecznością opanowania materiału z dwóch przedmiotów niemal równocześnie. Daje młody radę. Większość zadań rozwiązuje sam, przychodzi wówczas, kiedy już naprawdę nie daje rady, lub potrzebuje wyjaśnienia. Prezentacje przygotowuje jak spec. W tym roku ma dodatkową, możliwą formę zdawania egzaminu ale power point to jest to co najbardziej do niego przemawia. Szkoda, że na egzaminach klas 8 nie ma takiej opcji  a ten już za rok. Zatem czeka nas kilkudniowy pobyt w Stolicy lub przy odrobinie szczęścia kilka kursów do Poznania. Wolałabym Poznań ze względów finansowych i czasowych rzecz jasna a jak Warszawę bo egzamin, egzaminem ale metro- mamo- metro. Trzeba zatem ciułać grosz do grosza ;). 
    Z zajęć usprawniających została Janowi Rewalidacja, Tus i Terapia Pedagogiczna. Nadmiar nie jest dobry, przynajmniej dla niego. 
    W wolny czasie uczy się codziennych, drobnych czynności, jak np. starcie żółtego sera. Nie pytajcie o mój stan emocjonalny na widok połączenia Jana, sera i metalowej tarki. Przeżył ale woli kupić już starty ser, bo jednoczesne tarcie i dociskanie sera plus uważność bo ostre nie są jego ulubionym zajęciem. Czemu ściera ser-bo robi domowy zapiekaron czyli sos pomidorowy, makaron i ser żółty zapiekany. W diecie zostały też zaakceptowane: jabłka, mandarynki, winogron i banany. A w zupie smalec jako dodatek tłuszczowy. 
    Poza tym, dużo pobytu na zewnątrz i nagłe zamiłowanie do wycieczek w ostępy leśne, bo tam jak mówi sam zainteresowany- może być sobą i nikt się na niego nie gapi. I tak sobie jedziemy, on biega, podskakuje, wymachuje rękami, podskakuje, gna przed siebie oderwany od realiów a ja wlokę się smętnie z tyłu czekając aż wyładuje nadmiar emocji i miastowego skrępowania normami.  Odpadł nam basen, Jan zniechęcił się, po zapaleniu gardła wynikającego z opicia się chlorowaną wodą. Za to zapałał apetytem na frytki w HO NO TU ( knajpka w pobliskiej Sławie, nad jeziorem).
    Pomału, ale ciągle coś się zmienia i nadal cieszą najdrobniejsze sukcesy i nowe umiejętności. Pięć dni totalnego odpoczynku na 14 lat to nic a jednocześnie bardzo dużo, bo świat wygląda zupełnie inaczej jak się człowiek wyrwie z tego życiowego, zamkniętego kręgu. Może etap szkoły ponadpodstawowej uda nam się przejść stacjonarnie. Mam nadzieję, że tak. Liczę się jednak z opcją kontynuacji ED, bo rekonesans w ofercie edukacyjnej dla dzieciaków jak Jasiek nie wypada zachwycająco. 



































poniedziałek, 12 sierpnia 2024

Tu i tam, bywamy.

    Lato w pełni więc fruwamy jak te pszczółeczki, tylko z miasta do miasta. Aczkolwiek powracamy jak bumerangi.  w tym sezonie powróciliśmy np. do stolicy żeby w spokoju odwiedzić Muzeum Narodowe. Janka najbardziej zainteresowało jak opuścić ten przybytek, mistrzowie malarstwa nie zrobili na nim wrażenia, a bitwa pod Grunwaldem wcale nie jest taka imponująca z bliska. Wiem- nie znam się, nie doceniam polskiej sztuki itd. No ignorantka normalnie i trudno. Dalej to już tradycyjnie, metro, tramwaje, autobusy. Tym razem w biurze obsługi pasażera otrzymaliśmy darmowe, wielorazowe wejściówki do metra i instrukcję obsługi jak zachować się w czasie kontroli w komunikacji miejskiej aby usprawiedliwić przemieszczanie się za darmochę. 

 

    Ze stolicy udaliśmy się do Krakowa ( ponownie), z całkiem zacnym noclegiem w domu pielgrzyma, kto bogatemu zabroni. Tv nie było ale Internet pierwsza klasa, chociaż i tak nie było kiedy z niego korzystać. Najistotniejszy punkt programu- wycieczka do Ojcowskiego Parku Narodowego autobusem z przyczepką na rowery. spacer w klapeczkach basenowych po skalistym szlaku, również zaliczony. 

 

 

Z Krakowa powróciliśmy w domowe pielesze, bo ja czyli matka Jana miałam do obrony pracę magisterską i nie mogło mnie na tej zacnej imprezie zabraknąć. Później siedzieliśmy w domu aby udać się po dyplom. W trasie powrotnej wdepnęliśmy do Gross-Rosen. To muzeum zaciekawiło Janka w dużo większym stopniu. Czyli zainteresowania ma po mamusi. Nie- nie jest za mały, nie zrywał się w nocy ani nie zaczął moczyć, za to zadawał mnóstwo pytań rozpoczynających się od- dlaczego?.

 

Na dzień dzisiejszy zakończyliśmy wojaże, gościną u ojca chrzestnego i jego jakże zacnej małżonki zamieszkujących teren Niemiec w odległości 738 km od naszego lokalu mieszkalnego( pod warunkiem, że się nie zgubię po trasie, bo wtedy jest o 100 więcej). Mimo braku Żabek na każdym rogu, Biedronek i Lidlu nieczynnym w niedzielę a w soboty ino do 21 daliśmy radę. Odważyłam się przemieszczać po obszarze landu i poza pojazdem osobowym marki seat i nieco się różni od polskich dróg. Na wioseczkach jest bardzo wąsko, wszędzie pod górkę albo z górki, miejsc parkingowych jak na lekarstwo i kiepskie oświetlenie wieczorową porą. Za to mieszkańcy uśmiechnięci i życzliwi.  Jakość jazdy nieporównywalnie lepsza gdyż: każdy przestrzega przepisowych szybkości, zwalniają pas jak człowiek chce zjechać z pasa rozbiegowego, jak wyprzedzam autobus który mknie 90 z prędkością 110 to nikt mi za zadkiem nie trąbi, nie mruga i nie siedzi na zderzaku. Bardzo pilnują dystansu co wynika z wysokich kar i wędrujących radarów, które mogą stać w różnych dziwnych miejscach. Jasiek znów zdziwił się nikłą ilością przejść dla pieszych i faktem, że może wszędzie przejść przez ulice tylko musi uważać na auta. Mają tu również idealne jak dla mnie połączenie wiejskich klimatów z potrzebami mieszczuchów- asfalt na drogach dojazdowych do pól uprawnych ;). Widoki zacne, tym razem wdrapaliśmy się na punkt widokowy żeby sobie na Weibern z góry rzucić okiem. Urocze miasteczko aczkolwiek z uwagi na fakt, że leży w dolinie jest tu chłodniej. 

 






W drodze na zakupowe szaleństwo do Lidla, nie ma tu żywopłotów, ogrodzeń, prywatności. Podwórka w większości są otwarte, chyba że biegają zwierzaki to wtedy jest brama. Jednolita kostka na chodnikach i podwórkach. Często jest tak, że ściana domu sąsiadów jest granicą działki i domy są poupychane. Okna 4 m od granicy działki - nie tu. Raczej 4 cm.  (chyba nie mają tu przetargów). Chodnik w pewnym momencie ma niecałe 30 cm szer, najwyraźniej piesze wędrówki nie są tu w modzie. Do Lidla autem ;). Fajnie było. Ale sam się remont nie zakończy więc powróciliśmy w ten skwar, małomiasteczkowy ze Stokrotką czynną w niedzielę ;).  

    Na ten czas wojaży starczy, czas przygotować się na komisję orzekającą. Która orzeknie czy Jan jest, czy nie jest zdrów. Oraz czy drugi rok Edukacji Domowej uwstecznił go społecznie i rozwojowo czy tez wręcz przeciwnie. Tak czy siak kontynuujemy ten model edukacji pomimo napotykanych trudności; od osobistych po urzędniczą wojenkę podjazdowa o finanse. Jak w każdym przypadku w tym pięknym kraju nad Odrą, Wisłą i innymi rzekami największymi ekspertami są osoby bez bladego pojęcia o temacie. Niech im ziemia lekką będzie i żywot równie lekki. Nam jest nadal dobrze a to najgorzej kłuje w oczy jak człowiek ogarnia i idzie własną drogą bez czapkowania. 
    Na przyszły rok Jan już układa spis miast do odwiedzenia  wraz z planem podróży i obiektami do obejrzenia. Oświęcim, Gorzów, Szczecin, Trójmiasto i inne. Ja planuję jeszcze w tym roku Guben tuż za naszą granicą i lekcję anatomii na żywo. Oby tylko zdrowia, sił i finansów starczyło ;) i aby los nie miał innych planów. 





















środa, 8 maja 2024

Niepokój

    Dziś spotkała nas niemiła i potencjalnie niebezpieczna sytuacja. Ni mniej ni więcej tylko w miejscu publicznym, na chodniku biegnącym od galerii handlowej do pobliskiego osiedla Kopernik zostaliśmy z młodym zaatakowani przez dwóch " normalnych " nastolatków. Tylko dlatego, że spokojnie wracaliśmy ze spaceru a Janek szedł prosto i po swojemu machał rękoma. Poza nami i tymi chłopcami na chodniku który ma kilkaset metrów nie było innych ludzi. Minęli nas i zaczęli skakać wkoło wrzeszcząc jak wystraszone pawiany i tak też wyglądali. 

    Pierwszy raz pożałowałam, że nie kupiłam gazu pieprzowego, ale nie sadziłam, że w tak małym mieście może być mi potrzebny. Uczę się na błędach więc jutro stanę się posiadaczką jednego najmniej egzemplarza prewencyjnego. Dziś nie wiadomo czym się takie istoty człekopodobne faszerują więc naturalnym jest, że zwyczajnie i po ludzku się wystraszyłam. Jednak w tym wszystkim najgorsze było, że młody wystartował w kierunku tych dwóch inteligentnych inaczej i uświadomiłam sobie, że mogło się to wszystko zakończyć gorzej niż na straszeniu. Młody to rasowy pacyfista, u nas w domu nie stosuje się po prostu przemocy poza podniesieniem czasem głosu jak już zawodzi powtarzanie po raz milionowy, nie ogląda również filmów o tematyce sztuk walki, wojen i innego tego typu dzikich rozrywek promujących agresję. Pojęcia również nie ma jak niebezpieczni mogą być inni ludzie i że mogą mieć plany w których mogą wyrazić chęć zabawy poprzez poturbowanie. No taki jest. 

    Teraz pytania-jak mam nauczyć nastoletniego chłopca z autyzmem rozpoznawać sytuacje zagrożenia i samoobrony? -jak mam mu wytłumaczyć, że drugi człowiek może celowo zrobić mu krzywdę tylko dlatego, że na niemal pustym chodniku macha rękoma nie wyrządzając tym nikomu krzywdy? Jak w takiej sytuacji ja sama mam obronić siebie i swoje dziecko? Mamy zamknąć się w domu i profilaktycznie nie wychodzić, żeby nie narażać się na takie sytuacje? Mamy stanąć na środku chodnika i prewencyjnie pryskać po oczach gazem zbliżającym się do nas ludziom? Mamy wrzeszczeć i zachowywać się jak te stworzenia człekopodobne określane społecznie mianem zdrowych, normalnych, cywilizowanych? Na żadne z tych pytań jeszcze nie znam odpowiedzi.

    Do tej pory jako matce potomka z deficytem towarzyszył mi jeden rodzaj strachu- o przyszłość o to co będzie kiedy mnie zabraknie. Teraz mam nowy rodzaj lęku o teraźniejszość o to czy będziemy mogli wyjść bezpiecznie z domu, żeby wieczorem kiedy ludzi na ulicach jest zdecydowanie mniej, hałas maleje i zmniejsza się liczba pobudzających bodźców  w spokoju pospacerować, czy takich sytuacji będzie coraz więcej. 

    Owych chłopców zdrowych na ciele, ale z nieuporządkowanym najwyraźniej zdrowiem psychicznym i nie do końca wypracowaną socjalizacją powstrzymał ktoś, kto się zatrzymał na pobliskiej ulicy i zaczął wysiadać z auta. Pozytyw w tym pełnym znieczulicy i egoizmu świecie ktoś zaryzykował interwencję dla obcej osoby. Odeszli a my oglądając się za siebie ruszyliśmy w stronę domu, zastanawiając się, czy nie wpadnie im do tych nieskalanych rozumem głów aby dokończyć zabawę. 

    Cieszę się, naprawdę cieszę się, że Jasiek ma autyzm, jest upośledzony społecznie, nie kumaty, ograniczony, że nie ma potrzeby posiadania grona znajomych, bo jakby był tak normalny jak ci dwaj niewiele starsi od niego napastnicy to bym go zatłukła. 

    Tak się zastanawiam, czy ci dwaj są bici w domu i o kilka razy za dużo oberwali po głowie? Czy mają w domu reżim, który powoduje, że na  ulicy musza odreagować atakując słabszych od siebie? Czy też nie mają nikogo kto by im pokazał, że są ważni, fajni, ciekawi. Czy aż tak przerasta ich zbliżająca się dorosłość, że nie potrafią jej stawić czoła? Nie wiem. Po prostu chciałabym wiedzieć dlaczego. 

    Nic to świat trwa nadal, na szczęście nic się nie stało poza strachem i koniecznością powracania  przez najbliższy miesiąc do tego wydarzenia i tłumaczenia co się wydarzyło i co mogło wydarzyć i na poszukiwanie odpowiedzi- dlaczego ci chłopcy się tak zachowali, czy oni są jacyś nienormalni a może pili alkohol, i słuchania, że tak nie można się zachowywać w stosunku do innych ludzi i jak oni zrobią komuś krzywdę to policja się z nimi rozprawi. Kolejny moralniak- jak wytłumaczyć autyście, że policja nie zrobiłaby absolutnie nic, nawet jeżeli udałoby mu się po nią zadzwonić. Jak nauczyć egoizmu i zasady życiowej- licz tylko na siebie. W tej sytuacji pojęcia:  normalny nastolatek, zdrowy nastolatek nabierają zupełnie innego znaczenia. 

    Nie bez złośliwej ironii, wyraziłam ciche życzenie aby urodziło im się co najmniej dwoje dzieci z identycznymi charakterami. Będą idealnymi ojcami, partnerami. Przy odrobinie szczęścia nie  przytrafi im się żaden wypadek, nie ocenią źle sytuacji i nie skończą w kilkutygodniowym ogipsowaniu czy też znajda się w tej szczęśliwej liczbie rodzin w których nie urodzi się dziecko z deficytem lub sami poważnie nie zachorują.  

    Gaz zakupić  jutro idę, bo za stara jestem i za gruba, żeby latać na kursy samoobrony a Jasiek z racji tego, ze jest jaki jest nawet gdyby perfekcyjnie opanował chwyty i tak by nie potrafił ich zastosować w realnym świecie, bo żyje myślą, że nie wolno robić innym krzywdy i przykrości. 

    Panom życzę wszystkiego co najlepsze na tym świecie, spokoju, kochających ludzi wokół i poczucia bezpieczeństwa bo tego wszystkich chyba najbardziej im na ten moment zabrakło. Mam tez nadzieję, że ponownie się nie spotkamy a jeśli tak to tym razem będę przygotowana. 

   Tak po za tematem- poniosło nas do Trójmiasta ostatnio. Polecamy serdecznie muzeum II WŚ w Gdańsku, niesamowite wrażenia,









tak powinny się uczyć polskie dzieci historii zamiast kolejnej wycieczki do Zoo za 300 zł. 

    Poza planem wybraliśmy się do akwarium w Gdyni, również obiekt okazał się ciekawy. Każdy okaz opatrzony był krótką, rzetelną informacją, wiedza na temat budowy stworzeń morskich, funkcjonowania ich w środowisku wodnym , łańcuchy zależności ujęte dużo ciekawiej niż w podręczniku do biologii, aczkolwiek Jan zafiksowała się na zbieraniu pieczątek z poszczególnych sal ale z niektórych przyrządów korzystał. Podobała mu się szczególnie makieta z układem rzecznym Polski. 





    Reszta klasycznie- molo z klifem w Gdyni, na które wstęp jest zabroniony a co później wyczytałam w sieci, bo tablice informacyjne może i były ale jakoś na nie nie wpadliśmy.  spacer brzegiem morza z Gdyni do Sopotu wieczorową porą. Podróże skupione na ZTM Trójmiasto. Molo w Sopocie, Westerplatte, Stare miasto w Gdańsku. Polowanie na magnesik. Bo bez magnesika to nie wycieczka. 

    System zniżek jest tak skomplikowany, że w ogólnym rozrachunku, żeby uniknąć niedomówień i niepotrzebnego tłumaczenia się zakupiłam bilet metropolitarny 72h na wszystkie środki transportu w Trójmieście. Jedno jest pewne, to są rejony w których chcielibyśmy mieszkać i w którym na dodatek posiadanie auta miejskiego pozbawione jest ekonomii bo opłaty za komunikację to 1/3 kosztów paliwa że o innych nie wspomnę.













 Noclegi za bezcen ale tez ich jakość pozostawiała wiele do życzenia. Obrzeże Gdyni, teoretycznie miał być prywatny parking a postawiliśmy auto na pobliskim osiedlowym gdyż hostel okazał się być fragmentem kamienicy w której przed wejściem ledwo mieściły się dwie osoby na wąskim chodniczku i co prawda auta stały tuz przy barierkach z jednej strony a jezdnią z drugiej ale ja bym w sobie nie znalazła tyle odwagi aby pokonać krawężnik i zmieścić się w owej przestrzeni. Okna pomimo faktu dosyć szczelnego zamknięcia nie zmniejszały napływającego z przebiegającej tuż pod nimi dwupasmówki hałasu tak samo jak drzwi których zadaniem było po prostu oddzielenie pomieszczenia od korytarza. Bywamy poza sezonem więc na szczęście nie mieliśmy w sumie chyba innych lokatorów na piętrze. Mieliśmy za to lodówkę z awarią na korytarzu i mikrofalę piętro niżej, nie wiem czy sprawną. Do pokoju wdrapywaliśmy się na czwarte piętro bez windy, gdzie ostatnią kondygnację stanowiły drewniane, kręte i dosyć wąskie stopnie i dość niskie przejście między kondygnacjami. Wisienką na tym wszystkim był kapiący kran pod prysznicem. Na plus bardzo wygodne materace,  nieskrzypiące łóżka , sprawny grzejnik elektryczny w łazience i czajnik w pokoju- nieco zdemolowany ale grzejący wodę, ciepła woda też była. Bardzo blisko Lidl i inne sklepy, przystanek trolejbusowy i autobusowy i stacja kolejowa dziesięć minut wolnym krokiem z której w ciągu 34 minut można było się dostać do Gdańska lub w druga stronę do Wejherowa( jak nie musicie to tą atrakcję sobie darujcie tam naprawdę nic nie ma). W obiekcie miało być wi-fi, ale nie było co nieco utrudniło mi żywot bo akurat wypadło mi zaliczenie semestralne i były obawy czy dam radę z połączeniem ale się udało na szczęście.  Budżet wyjazdu weekendowego dla trzech osób z kosztami paliwa, noclegu i wyżywienia zasponsorowało 800 +  i ciut z budżetu własnego. Noclegi 430 zł- trzy noce, parking gratis( cudem było miejsce i jak postawiłam tak stało do niedzieli, bilety komunikacji ZTM 120 zł, paliwo w obie strony 247 zł (gaz) a km ponad pińcet w jedną stronę. Jedzenie jakieś 200 zł -, bez cudowania ale i bez głodzenia się. Wydatek zupełnie zbędny - 200 zł za rejs pirackim galeonem na trasie Gdańsk- Westerplatte- Gdańsk,  decyzja podjęta impulsywnie w trasie na Głogów ale trudno się mówi, kasa wydana niesmak pozostał bo szału nie było ;). 

    Na chwilę obecną zarzucamy podróże weekendowe, gdyż rozpoczyna się sezon pod hasłem- docieplenie poddasza na które musze naskrobać 5600 w krótkim czasie i modlić się aby wniosek w Czystym Powietrzu przeszedł pozytywną weryfikację. Jak zwykle biurokracja. Żeby podpisać w imieniu Janka umowę z firmą musiałam wystąpić do Sądu Rodzinnego z wnioskiem o wydanie zgody na rozporządzenie majątkiem wykraczające poza zakres zwykłego zarządzania mieniem. Ile może trwac wypisanie zgody? A może. Złożyłam wniosek na koniec stycznia, w kwietniu dopytałam i otrzymałam info, że jest na biurku sędziny ale są jeszcze poczekam, na drugi dzień przyszedł email z sądu, że termin rozprawy wyznaczono na połowę lipca. Dzięki uprzejmości i wsparciu kobietki z biura podawczego udało się przyspieszyć termin na kwiecień. Rozprawa trwała ponad godzinę, po to tylko, żeby np, powiedzieć że w księdze wieczystej są trzy działki, co umknęło uwadze sędziny, inwestycja podniesie wartość budynku a tym samym potencjalny majątek nieletniego, nieletni nie poniesie absolutnie żadnych zobowiązań finansowych z tytułu inwestycji. Nie chcę wiedzieć jak wyglądałaby ewentualna sprzedaż nieruchomości przed 18 młodego skoro do zwykłego wniosku w ramach programu rządowego takie cyrki.  Za to w Mopsie wydanie zaświadczenia o dochodach błyskawicznie. Po zmianie musiałam jeszcze udać się do notariusza, który za jedyne 25 zł poświadczył, że podpis złożony na wniosku jest mój i niczyj inny. Resztą od złożenia wniosku, monitorowanie przebiegu, prace i rozliczenie inwestycji zajmie się firma. Koszt po mojej stronie to 8% podatku vat od całości prac. Teraz czekam cierpliwie. Uda się ok, nie uda to też ok. Pompy ciepła założyć nie mogę bo mam gazowe, które za moment zostanie wyeliminowane jako ekologiczne źródło ciepła. 

    Tak oto nam się ostatnio wiedzie. Mam nadzieję, że gaz pieprzowy zwiększy moje poczucie bezpieczeństwa i umożliwi swobodne korzystanie ze spacerów wieczorowa pora poi jakże pracowitym dniu a dzisiejsza sytuacja okaże się incydentalna i niepowtarzalna oraz że uda się załatwić docieplenie zanim zima powróci.